
„Aniołki Mussoliniego” w reżyserii Łukasza Czuja to nie tylko kolejny muzyczny spektakl na kameralnej scenie Teatru Muzycznego Roma i kontynuacja pewnej artystycznej myśli Katarzyny Zielińskiej i jej współpracowników. To przemyślana i dobrze zrealizowana historia o tym, jak dbając o etykietę, poprzez którą postrzegają nas inni – jesteśmy gotowi zrezygnować z zasad etycznych.
Po bardzo udanych: „Berlin, czwarta rano”, „Sofia de Magico” oraz „Nowy Jork. Prohibicja” – Zielińska zaproponowała dyrektorowi Romy Wojciechowi Kępczyńskiemu pokazanie – sprawdzonym zespołem aktorów i producentów – mało znanej, ale ciekawej i mającej ponadczasowy przekaz historii sióstr Leschan. Córek holenderskiej śpiewaczki operetkowej żydowskiego pochodzenia i węgierskiego akrobaty, które po dzieciństwie spędzonym w cyrku w 1935 roku rozpoczęły spektakularną karierę we Włoszech.
Nie byłoby w tym nic wyjątkowego, gdyby nie fakt, że Leschan ukrywając swoje żydowskie korzenie, porzucając wszelkie etyczne zasady, stają się pupilkami faszystowskiego przywódcy Benito Mussoliniego. Zabawiają Duce i korzystają z dobrego życia, mając wiedzę, że ich rodacy i sąsiedzi trafiają do obozów koncentracyjnych.

Przedstawienie Czuja nie stara się być dokładnym odzwierciedleniem kart historii, skupia się na wątku romansu artystów z władzą. To w historii świata nic nowego, co chwilę słyszymy o artystach angażujących się w kampanie wyborcze czy polityczne hucpy. Trio Lescano, bo pod taką etykietą występują siostry Giuditta (w tej roli Barbara Kurdej-Szatan/Monika Dryl), Sandra (Ewa Prus) i Kitty (Katarzyna Zielińska) skupia się wyłącznie na filozofii hedonizmu.
Choć na scenie występuje tylko czworo aktorów, kreowanych postaci jest znacznie więcej. Wszystko za sprawą męskiej postaci (Marcin Przybylski/Mariusz Ostrowski), której autor przedstawienia powierzył role m.in.: Urzędnika, Rodolfo Grazianiego, Ojca sióstr, Białego Szejka, Carlo Prato, Kardynała Ildefonso Schustera i Benito Mussoliniego). W oglądanym przeze mnie przedstawieniu z tym wyzwaniem zmierzył się Mariusz Ostrowski. I poradził sobie z tym zadaniem koncertowo, tworząc doskonałe obrazy – zarówno opętanego ideologią Mussoliniego, obłudnego kardynała czy nieco szalonego dyrygenta. Bardzo dobrze wcielił się też w rolę ojca sióstr – człowieka bezwzględnego, którego historia potraktowała równie źle.
Z sióstr największą uwagę przyciąga postać Sandry. Wcielająca się w nią Ewa Prus nie tylko najciekawiej rysuje swoją postać, ale też jest najmocniejsza wokalnie.

„Aniołki Mussoliniego” wpisują się w zaproponowaną już za czasów „Berlin, czwarta rano” koncepcję artystyczną Czuja i Zielińskiej. Nie mamy więc do czynienia z musicalem, a historią opowiedzianą muzyką i piosenką (za prezentowane songi odpowiada Michał Chludziński, muzyczne aranżacje przygotował Marcin Partyka). Autorami scenariusza są Robert Urbański i Michał Chludziński.
Na Novej Scenie udało się stworzyć ciekawą scenografię, uzupełnioną ładnymi kostiumami. Po raz kolejny twórcy doskonale „urządzili się” w kameralnej przestrzeni Teatru Muzycznego Roma.
„Aniołki Mussoliniego” to udane, ciekawe przedstawienie muzyczne, które przypomina nam, że etyka i etykieta to nie to samo, podobnie zresztą jak honor i honorarium.
Ocena Kulturalnego Panka: ****/******