
„Hamlet” Williama Szekspira to materiał, z którym teatry boją się mierzyć. Nie tylko ze względu na wysokie koszty produkcji, na które wpływa liczna obsada, ale też z uwagi na wysokie oczekiwania krytyki. Na szczęście w Polsce dzieła Szekspira się wystawia, na szczęście też – „Hamleta” nie podejmują się wszyscy.
„Złote sezony” Englerta
Jan Englert, wybitny aktor, reżyser i od 2003 r. dyrektor artystyczny Teatru Narodowego w Warszawie żegna się z dyrekcją narodowej sceny i wieńczy 28 sezonów pracy artystycznej. W efekcie konkursu resortu kultury jesienią stery przejmie Jan Klata. Czy to dobra zmiana dla flagowej polskiej sceny teatralnej? „Po owocach go poznamy”.
W każdym razie Englert ma za sobą udany czas, który należałoby nazwać „złotymi sezonami”. Teatr Narodowy stronił od zbędnych eksperymentów, nie stał się też teatralnym skansenem czy muzeum. Owszem, nie obyło się bez medialnych skandali, jak np. ten ze zwolnieniem Grażyny Szapołowskiej, która zamiast do teatru, poszła do telewizji, by zasiąść za stołem jury jednego z show. Jednak teatr „robił swoje” – zdobywał kolejne nagrody (jak np. te za „Sonatę jesienną” z Danutą Stenką), a kasy zawsze były oblegane przez widzów.
Najbardziej zapamiętałem walkę o bilety na „Kotkę na gorącym blaszanym dachu” Tennessee Williamsa w reżyserii Grzegorza Chrapkiewicza, o czym pisałem na pierwszej stronie stołecznej „Gazety Wyborczej”. Przedstawienie w gwiazdorskiej obsadzie (m.in. Gajos, Wiśniewska, Kożuchowska) i recenzje podkreślające „wymiar telenowelowy” sprawiły, że był to istny hit. Swoją drogą, to było naprawdę niezłe przedstawienie. Ale wróćmy do „Hamleta”.

Planując pożegnanie „z przytupem” Englert postanowił wystawić „Hamleta” (premiera 12 kwietnia 2025 r.). Moment ogłoszenia obsady znów wywołał medialną burzę wokół Narodowego, bo główne role reżyser powierzył swojej córce Helenie Englert (Ofelia) i żonie Beacie Ścibakównie (Gertruda), a także – jak spekulowano (co zdementował sam aktor) – sympatii córki Hugonowi Tarresowi (Hamlet).
W efekcie „rodzinnego” zamieszania bilety na „Hamleta” wyparowały. Obecnie praktycznie nie da się ich kupić w normalnej sprzedaży, pod teatrem pojawiają się spekulanci, oferując wejściówki nawet za 1000 zł. Teatr ostrzega widzów, że w sprzedaży pojawiają się fałszywki, które nie umożliwią wejścia na widownię, a przyczynią się do utraty pieniędzy.
Ale jaki jest ten „Hamlet” i czy w ogóle warto o te bilety walczyć?
Sztuka Szekspira opowiada historię zabójstwa duńskiego króla Hamleta oraz zemsty jego syna. To ekstremalne streszczenie, ale wystarczające. Bo do poznania „Hamleta” konieczna jest jego lektura i potem wizyta w teatrze. Wokół wymyślonej przez Szekspira osi pojawia się wiele wątków i płaszczyzn do interpretacji. „Hamlet” wg wizji Englerta już od pierwszej sceny przeplata opowieść angielskiego mistrza z autorskim rozliczeniem z Narodowym. Gdy oglądamy przewożone na wózku w stronę symbolicznie zaprezentowanego śmietnika rekwizyty, zdjęcia i plakaty związane z wieloletnim dyrektorem narodowej sceny, otrzymujemy jasny przekaz. To, co pozostanie po Englercie w historii polskiego teatru nie będzie mierzone tylko liczbą zgromadzonych po nim fizycznych pamiątek. Bo te przepadną. Walka jest więc o pamięć.
Oto mówi młodość
Gdy na deskach pojawia się wybrany spośród młodej kadry Akademii Teatralnej w Warszawie Hugo Tarres w roli Hamleta, nie tylko skupia na sobie uwagę publiczności i partnerujących mu aktorów zespołu Narodowego. Ten młody i szalenie utalentowany aktor swoją świeżą i porywającą interpretacją dowodzi wizjonerstwa Englerta. To w końcu on daje Polsce kolejnego Hamleta, i to takiego, który wpisuje się do historii teatru złotymi zgłoskami.

Monolog Hamleta ze słynnym „Być albo nie być” w interpretacji Tarresa jest manifestem młodego człowieka, który zepsucie widzi nie tylko wśród swoich bliskich i przyjaciół, on patrzy szeroko na otaczający go świat i cierpi. To cierpienie młody aktor wygrywa bezbłędnie.
Na szczególną uwagę w inscenizacji Narodowego zasługuje także popis Jerzego Radziwiłowicza w roli Króla-Aktora. Klasyczny kostium, doskonała dykcja i mocny głos tego cenionego aktora nawiązują do klasycznych inscenizacji Szekspira i są kolejnym przekazem Englerta, że teatr musi opierać się na klasyce.

Wśród mocnych akcentów obsadowych „Hamleta” jest także córka dyrektora – Helena Englert. Znana młodej publiczności z seriali, w Warszawie swój talent pokazała m.in. w Och-Teatrze Krystyny Jandy we „Władcy much” na podstawie bestsellera noblisty Williama Goldinga. Na Narodowej scenie tworzy pełną znaków zapytania, przepełnioną emocjami pełnokrwistą postać tragiczną. Jej Ofelia intryguje, a scena szaleństwa porywa.

Jan Englert do pożegnalnego „Hamleta” nie zaangażował wszystkich najlepszych aktorów w zespole Narodowego. Nie do końca zrozumiałym wyborem jest dla mnie Mateusz Kmiecik jako Klaudiusz, który żeni się z żoną zamordowanego króla, by przejąć jego królestwo. W jego relacji z Beatą Ścibakówną (Gertruda) na scenie nie widać pasji, w efekcie czego obie postaci są tylko poprawne.
Swoistym spoiwem historii, obecnym na deskach od początku aż do końca historii jest Horacjo. W tej roli intryganta doskonale odnalazł się Przemysław Stippa. Ostatni jego popis oglądaliśmy w doskonałej „Marii Stuart” z Danutą Stenką, również w Narodowym.
Pytania i egzaminy
W „Hamlecie” w reżyserii Englerta nie brakuje odniesień do obecnej sytuacji na świecie. Głosem bohaterów dramatu Szekspira poddaje w wątpliwość pamięć i szacunek ludzi do dorobku aktorów we współczesnym świecie, we współczesnej Polsce. W przedstawieniu nie brakuje także aluzji politycznych. Jedną z nich jest kapelusz Gertrudy, przypominający stylizację Melanii Trump z drugiej inauguracji prezydentury jej męża Donalda Trumpa. Przez ekspertów został określony jako manifestacja iluzji związku z jednym z najpotężniejszych polityków na świecie, ale też człowiekiem o wątpliwej moralności.

Swój spektakl Englert kończy mocnym i przejmującym akcentem. Otóż opisany przez Szekspira na koniec dramatu powrót na zamek Fortynbrasa, który przejmuje władzę w Danii, przedstawia jako wkroczenie przez wielkie złote wrota Putina. Towarzyszący mu pokaz fajerwerków i wszechobecne ciała poległych bohaterów dramatu Szekspira stanowią mroczny, dający do myślenia koniec. Finał, w którym wracamy do fragmentu monologu Hamleta:
(…)
Być albo nie być – oto jest pytanie.
Kto postępuje godniej: ten, kto biernie
Stoi pod gradem zajadłych strzał losu,
Czy ten, kto stawia opór morzu nieszczęść
I w walce kładzie im kres?
(…)
Być albo nie być nie jest tu tylko pytaniem. Jest wyzwaniem i zaproszeniem na prawdziwy egzamin dojrzałości z tego, kim dziś jesteśmy i kim będziemy jutro.

Jan Englert swoje egzaminy zdał, pożegnalnym przedstawieniem ofiarował polskiemu teatrowi wspaniałego odtwórcę Hamleta, być może w przyszłości jednego z najlepszych polskich aktorów. Na koniec – przypomniał, że wielkim aktorem jest.
Ocena Kulturalnego Panka: ******/******