Jakub Panek – #KulturalnyPanek

Australia: kontynent, który trzeba poznać

Wyprawa do Sydney zajmuje ponad dobę, tylko w samolocie spędziłem prawie 20 godzin. Do tego sama podróż do najtańszych nie należy, bo za bilet w klasie ekonomicznej trzeba zapłacić ponad 8 tys. złotych. Ale odwiedziny Australii zrekompensują wszelkie niedogodności, co osobiście sprawdziłem.

Dzięki doskonałej formie polskich tenisistów o Australii nad Wisłą słyszymy regularnie. Do miast, gdzie rozgrywany jest Australian Open wybierają się korespondenci sportowi z polskich mediów, a także celebryci. O tym odległym kontynencie w naszej części Europy co jakiś czas słychać też m.in. przy okazji fali upałów, a także Eurowizji. Od kilku lat bowiem Australia bierze udział w tym… europejskim konkursie na najlepszą piosenkę.

Australia dla Polaków to w końcu także: misie koala, kangury, surferzy, opera w Sydney i Góry Błękitne – wpisane na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO. Gdy więc otrzymałem zaproszenie do przetestowania oferty – obecnego od ponad 10 lat w Polsce – Emirates, postanowiłem zaplanować odwiedziny Sydney i okolic.

Z Polski do Australii, mimo politycznej woli i aspiracji, obecnie bezpośrednio dolecieć się nie da. Być może doczekamy tego po powstaniu Centralnego Portu Komunikacyjnego. Na razie do wybory mamy przesiadki w dużych światowych hubach lotniczych: Londynie (British Airways), Monachium (Lufthansa), Amsterdamie (KLM) czy Dubaju. Ten ostatni hub to „dom” jednych z najbardziej luksusowych (wg dużych światowych rankingów jak Skytrax) linii lotniczych świata – Emirates. Przewoźnik jest obecny na Lotnisku Chopina już od ponad dekady, oferuje z Warszawy loty do Dubaju, skąd można polecieć dalej w świat. A w ofercie jest ponad 130 kierunków! Imponującą liczbę obsługuje ponad 250 samolotami, w tym 118 największymi samolotami pasażerskimi świata Airbusami A380. I właśnie tym samolotem miałem okazję polecieć na trasie między Dubajem i Sydney. Na zaproszenie przewoźnika udało mi się przetestować wprowadzoną dopiero w 2022 roku klasę ekonomiczną premium.

Podróż z Warszawy do Sydney zajmuje ponad dobę, w tym prawie 20 godzin lotu. Odcinek między stolicą Polski a Dubajem pokonałem w niecałe 6 godzin samolotem Boeing 777-300 ER Emirates. Po trwającej ok. 3,5 godziny przesiadce przyszedł czas na kolejny etap. Tym razem „podniebnym obrzymem” – Airbusem A380. Ten lot trwał ok. 14 godzin. Miałem okazję przetestować podróż klasą ekonomiczną premium. Za lot w tej trasie w obie strony trzeba zapłacić ok. 13 tys. złotych. Dla porównania podróż klasą ekonomiczną kosztuje ok. 8 tys. złotych. Klasa premium wyróżnia się znacznie szerszymi, wygodnymi skórzanymi fotelami z podnóżkami, większym limitem bagażu, smacznymi posiłkami i bezpłatnym wyborem napojów bezalkoholowych i tych mocniejszych. Podróż minęła mi szybko i komfortowo, na co przede wszystkim miał wpływ wygodny fotel i ogromny wybór rozrywki pokładowej ICE.

Chcąc odwiedzić Australię w celach turystycznych lub biznesowych (na okres nie dłuższy niż 3 miesiące) musimy wyrobić wizę. Dobra wiadomość jest taka, że jest ona bezpłatna, a wniosek szybko można wypełnić online na stronie immi.homeaffairs.gov.au. Aktualne informacje warto sprawdzić z odpowiednim wyprzedzeniem na stronie polskiego Ministerstwa Spraw Zagranicznych.

Po wylądowaniu w Sydney, odebraniu bagażu i sprawnym przejściu przez kontrolę fitosanitarną (niczego nie wwoziłem), wygodnie i bez opuszczania terminalu dotarłem na stację kolejki, którą w zaledwie 15 minut można dojechać do ścisłego centrum Sydney. System biletowy jest identyczny jak ten znany z Londynu – płatnicza karta zbliżeniowa służy za bilet, którym otworzymy bramki do nadziemnych kolejek czy autobusów. Zresztą z każdym dniem przebywania w Sydney przekonywałem się, że wiele tu podobieństw do Londynu. Oczywiście są znaczące różnice związane z fauną i florą, ale już architektonicznie można poczuć się jak w okolicach Victoria Station w sercu stolicy Wielkiej Brytanii.

Australia to ogromny kontynent, choć zamieszkiwany jest tylko w małej części. Najbardziej znanym miastem jest właśnie Sydney (no i Melbourne), ale wielu błędnie myśli, że to stolica. Tę znajdziemy ok. 300 km dalej. Warto zapamiętać nazwę: Canberra. Miasto powstało, by niejako pogodzić „zwaśnione rody” Sydney i Melbourne i okiełznać ich aspiracje.

Sydney to jedno z moich najlepszych turystycznych odkryć. Spotkałem tam życzliwych i sympatycznych ludzi, miałem okazję skosztować fantastycznej kuchni zbudowanej w oparciu o owoce morza, wołowinę, często inspirowanej Azją, której przedstawicieli jest tu pełno. Mimo że ceny w Sydney to najniższych nie należą, i są średnio o 30 proc. wyższe niż w Warszawie, to produkty uznawane w Polsce za luksusowe i bardzo drogie jak homary, zjemy w cenie sałatki w centrum Krakowa.

Ciężko mi pisać o atrakcjach Sydney, bo dla mnie to miasto samo w sobie jest atrakcją. Spacerowanie po licznych i niezwykle zadbanych terenach zielonych, ogrodach botanicznych czy parkach pozwala się zrelaksować w nawet najbardziej upalny dzień. Dla formalności jednak warto zrobić sobie listę turystycznych „must see”, na której powinny być: opera w Sydney i pobliski Sydney Harbour Bridge – symbole Australii, miejsce spotkań miłośników kultury i architektury, Darling Harbour – część miasta z hotelami, restauracjami i miejscami do odpoczynku w pobliżu portu, plaża Bondi – przepiękny złoty piasek i wysokie fale, a do tego rzesze surfurów oraz ogrody zoologiczne, w których z bliska będziemy mogli poznać bogactwo fauny i flory Australii. Oczywiście wyruszając w stronę wpisanych na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO Gór Błękitnych mamy szansę niektóre z nich spotkać na żywo. Warto pamiętać, że poruszanie się po podmiejskim buszu może być niebezpieczne. W Australii bowiem żyje wiele jadowitych węży i pająków, których podczas spacerów po mieście na pewno nie spotkamy.

Tekst z 2023 roku. Relacja jest niezależnym materiałem autorskim, żaden z przedstawicieli opisywanej linii lotniczej nie ingerował w jego treść.