
Czym jest zaufanie i czy jest ono bezwarunkowe? Odpowiedź m.in. na te pytania uda się znaleźć po obejrzeniu ostatniej premiery „23 i pół godziny” w Teatrze Współczesnym. Na kameralnej scenie tego teatru, prowadzonego od niedawna przez duet doświadczonych aktorów i reżyserów – Wojciecha Malajkata i Marcina Hycnara, pokazano ciekawą sztukę amerykańskiej dramatopisarki Carey Crim.
Tekst Amerykanki – „23 i pół godziny” – pojawił się w Teatrze Współczesnym w podobnym czasie do innej sztuka autorki – „Co po Grace?”, którą można oglądać w Teatrze Polonia Krystyny Jandy. Oba tytuły – choć opowiadają całkiem odmienne historie – łączy ciekawa dramaturgia.

„23 i pół godziny” to opowieść o przyjaźni dwóch małżeństw – Toma i Leigh Hodgesów (Szymon Mysłakowski i Katarzyna Dąbrowska) oraz Bruce’a i Jayne Wagnerów (Szymon Roszak i Monika Pikuła), które poznajemy podczas towarzyskiego spotkania. Choć zarówno Wagnerowie jak i Hodgesowie mają dzieci, autorka sztuki pozwala nam poznać tylko syna tych drugich. W rolę Nicholasa Hodgesa wciela się na zmianę dwóch młodych, wychodzących dopiero z murów szkół teatralnych aktorów: Maciej Bisiorek i Jan Scardina.
Telefon, który odbiera gospodarz domu od dyrektorki szkoły, w której dopiero co odbyła się jego premiera szkolnego przedstawienia „Romeo i Julia” wszystko zmienia. Nagle świat Toma (w tej roli Szymon Mysłakowski) – lubianego nauczyciela rozsypuje się jak domek z kart. Ulubieniec uczniów i uczennic zostaje oskarżony o wykorzystanie zależności nauczyciel – uczennica w celach seksualnych. Trafia do więzienia.

Choć sztuka jest jednoaktowa, dzieli się na dwie wyraźne części. Do telefonu i po telefonie. Kluczowe dla zrozumienia drugiej części jest poznanie definicji zaufania. Czym ono jest w naszym życiu, czym jest w związku, w pracy, w relacjach z drugim człowiekiem? Tych pytań jest więcej. Czy zaufanie można odbudować kochając kogoś? Czy można zaufać komuś, kto został skazany i za swoją winę/nie-winę trafił za kraty?
Sztuka Carey we Współczesnym, dzięki przede wszystkim znakomitej kreacji Macieja Bisiorka jako syna Hodgesów, pozwala nam lepiej zrozumieć, jak takie sytuacje potrafią zniszczyć życie ludzi, szczególnie młodego człowieka. Dla nastolatka – ojciec, który trafia do więzienia w obliczu seksskandalu to koniec. Niestety wiele osób nie wytrzymuje presji rówieśników i kończy swoje życie. Nicholas w „23 i pół godziny” dzięki Bisiorkowi jest autentyczny – w miłości do rodziców, w bólu i poszukiwaniu dalszego sensu życia.
Wydawałoby się, że to skazany Tom lub jego relacja z Leigh oraz Wagnerowie są w tej sztuce najważniejsi. Dzięki zamysłowi autorki sztuki i sprawnej reżyserii Jarosława Tumidajskiego jest jednak inaczej. Sztuka nie jest dokumentem o akcji #MeToo. Przypomnę, że ten międzynarodowy ruch społeczny zrodził się w 2017 r. mając na celu ujawnienie skali molestowania i przemocy seksualnej wobec kobiet. Zainicjowany przez Taranę Burke, zyskał globalny zasięg po oskarżeniach wobec znanego amerykańskiego producenta filmowego Harveya Weinsteina, stając się wyrazem sprzeciwu wobec nadużyć władzy.

„23 i pół godziny” to dobry wybór repertuarowy zarządzającego Teatrem Współczesnym duetu Malajkat – Hycnar. Dobrze się też stało, że w tym samym czasie w Warszawie pojawiły się dwie bardzo dobre, nieźle zrealizowane sztuki Carey Crim. Przedstawienie w reżyserii Tumidajskiego prezentowane jest w przestrzeni niezwykłej na warszawskiej mapie teatralnej, bowiem w Scenie w Baraku, tuż obok głównej siedziby Współczesnego. Choć – jak mówił mi ponad dekadę temu w „Wyborczej” poprzedni dyrektor teatru Maciej Englert – już dawno tej przestrzeni miało nie być, wciąż cieszy widzów.
Bo czy może być coś lepszego, niż kameralna przestrzeń do psychologicznych rozgrywek? Łatwiej przecież dostrzec, że diabeł tkwi w szczegółach.
Ocena Kulturalnego Panka: ****/******