Jakub Panek – #KulturalnyPanek

Nowa Zelandia: fascynująca kraina na końcu świata

Choć z Polski leci się tam ponad dobę, to uroda Nowej Zelandii ukoi wszelki ból i wynagrodzi trudy podróży. Na miejscu czekają na nas czynne wulkany, ekstremalnie zielona przyroda, obłędne wina i życzliwi ludzie. Wypad na antypody to plan doskonały, realny, ale nieco kosztowny.

Nowa Zelandia jest na podróżniczych listach marzeń wielu. Jej odległość od Polski i dobra sława, którą zawdzięcza m.in. kręconym tam filmom na podstawie kultowej serii Tolkiena – sprawiają, że po prostu budzi pożądanie turystów. O ile mieszkańcom Australii łatwo planować tam wizyty, to dla reszty świata, a już szczególnie dla Polaków bywa wyzwaniem. Ale te należy podejmować.

Stolicą Nowej Zelandii jest Wellington, jednak to do Auckland – największego miasta na wyspach można bezpośrednio dolecieć m.in. z Dubaju. A dziś podróż do tego „złotego miasta”, które słynie z megalotniska – portu-matki Emirates z Polski nie jest żadnym wyzwaniem. Zdecydowałem się na Emirates, bo oprócz niezłego serwisu i lotu obsługiwanego airbusem A380 – największym samolotem pasażerskim świata, oferuje wygodną i stosunkowo „krótką” podróż. W tym przypadku oznacza to minimum 16 godzin bezpośredniego lotu z Dubaju do Auckland. Do tego trzeba doliczyć czas na lotnisku, a także po wylądowaniu w Nowej Zelandii (lądowanie, odbiór bagażu, kontrole paszportowa i bio). Do Dubaju z Polski dolecimy w ok. 6 godzin. I gdy już zsumujemy sobie cały czas, to szybko przekroczymy dobę. Równie szybko uszczuplimy budżet, gdyż na podróż z Warszawy do Auckland w klasie ekonomicznej trzeba wydać ok. 9 tys. zł (za rejs w obie strony).

Chcąc odwiedzić Nową Zelandię trzeba wypełnić wniosek wizowy online (nzeta.immigration.govt.nz) i m.in. zapłacić podatek turystyczny (na rzecz ochrony przyrody). Aktualne stawki i informacje warto sprawdzić z odpowiednim wyprzedzeniem na stronie polskiego Ministerstwa Spraw Zagranicznych.

Port lotniczy w Auckland na pierwszy rzut oka nie wyróżnia się niczym na tle podobnych obiektów na świecie. Ale witają nas akcenty związane z lokalną kulturą, w tym słynne powitanie w języku Maorysów „Kia ora!”, które jest odpowiednikiem serdecznego „witaj”, oznacza jednocześnie życzenie zdrowia i pomyślności. Po przejściu kontroli paszportowej i odbiorze bagażu czeka nas niespodzianka. Nie dla każdego okaże się miła, bo w zależności, o której wylądujemy czeka nas dodatkowo oczekiwanie w nawet dwugodzinnej kolejce (!), i to po tak długim locie. Wszystko z powodu restrykcyjnych przepisów (które w pełni popieram) dotyczących ochrony fauny i flory Nowej Zelandii. Oprócz deklaracji dot. wwożonej żywności, orzechów, nasion, a nawet obuwia górskiego, które trzeba wypełnić w samolocie (na 24 godz. przed lądowaniem dostępna jest też wersja online), musimy odbyć krótką rozmowę z pracownikiem tzw. biosecurity, a następnie przejść z bagażem przez dodatkową kontrolę skanerami, które wykryją nasze ew. kłamstwa w deklaracji. Oczywiście konsekwencją takiego zachowania może być odmowa wjazdu na teren kraju, mandat lub nawet więzienie. Nowozelandczycy nie żartują ws. ochrony przyrody.

Po opuszczeniu lotniska w ok. godzinę transportem publicznym (autobus wahadłowy do stacji kolejowej plus kolejka do ścisłego centrum miasta) lub taksówkami dotrzemy do serca Auckland. Już od wjazdu do tego kraju oprócz czystego powietrza i ekstremalnie zielonej przyrody dostrzeżemy brak śmieci, graffiti, ale także wysokie ceny. Nie powinniśmy się specjalnie dziwić, gdyż średnie zarobki w tym wyspiarskim państwie na antypodach zarabia się kilkadziesiąt tysięcy złotych miesięcznie.

Czy warto wybrać się do Nowej Zelandii? To źle postawione pytanie. Powinno brzmieć: kiedy lecimy do Nowej Zelandii? Pokochałem to miejsce od pierwsze wejrzenia. Być może to skutki bardzo czystego powietrza, obłędnych win, doskonałej wołowiny z krów pasionych na ekstremalnie zielonych ekologicznych pastwiskach, a może po prostu kwestia ludzi. Tych spotkałem na drodze wielu, samych życzliwych i uśmiechniętych. Nie mają w sobie jednak sztucznie przyklejonych uśmiechów, a bardziej dystans i pozytywne nastawienie do świata. Czy mieszkają w raju? Oczywiście, że nie. Nowa Zelandia m.in. za sprawą zmian klimatycznych będzie musiała się liczyć również z gwałtownymi opadami deszczu, wichurami, a nie trzeba specjalnie podkreślać faktu, że Nowa Zelandia leży na wielu wulkanach, w tym czynnych. Zagrożenie więc istnieje. Na miejscu jednak próżno szukać przestraszonych ludzi.

Nieodległa od portu morskiego w Auckland wyspa Waiheke, do której dopłyniemy w ok. godzinę, to raj dla koneserów wina. Ponad 40 winiarni, restauracji specjalizujące się w jedzeniu dobieranym do wina i kameralne, urocze i pozbawione turystycznej tandety plaże. Raj na ziemi.

Fani „Władcy Pierścieni” doskonale wiedzą, że to Nowa Zelandia stała się scenografią dla kultowej serii w reżyserii Petera Jacksona. Na północnej wyspie, dwie-trzy godziny drogi od Auckland tłumy turystów (głównie zamożni Azjaci i Australijczycy) odwiedzają plan filmowy Hobbiton. To słynny Shire ze stworzonej przez J.R.R. Tolkiena mitologii Śródziemia zamieszkany przez hobbitów. To tam nagrywano sceny do „Hobbita” i „Władcy Pierścieni”, a także tzw. safety demo (zasady zachowania bezpieczeństwa na pokładzie samolotu) dla narodowego przewoźnika Air New Zealand. Wziął w nim udział sam Ellijah Wood. Nie trzeba być jednak fanem „Władcy Pierścieni”, by docenić urodę nowozelandzkiego Shire. Reżyser Jackson szukając plenerów do filmu, podczas lotu śmigłowcem wypatrzył to gospodarstwo rolne w Matamata, gdzie na spektakularnych zielonych pagórkach pasły się śnieżnobiałe owce, i zdecydował, że to „to miejsce”. Rząd zaangażował wojsko, by wybudowało wioskę hobbitów. W przeciwieństwie do podobnych planów filmowych na świecie, w Nowej Zelandii postawiono wyłącznie na naturalne materiały: kamień, drewno, skórę. Na terenie wioski jest tylko jedno sztuczne drzewo, do którego ręcznie doklejono tony liści. To jedna z wielu ciekawostek, które czekają na was w Hobbiton. Na mnie zrobił wrażenie.

Atrakcji podczas pobytu w Nowej Zelandii nie zabraknie. Koniecznie trzeba wybrać się do jaskini Waitomo, którą zamieszkują Arachnocampa luminosa. Delikatne błękitne światło emitowane przez tysiące odwłoków larwy muchówki przeniesie nas w kosmos. Ujrzymy niezliczone świecące punkciki, które przypomną nam rozgwieżdżone niebo. Ten przyrodniczy fenomen zwany Waitomo Glowworm Caves (jaskinie świecących robaczków – przyp. red.) rocznie ogląda kilkaset tysięcy osób.

Na obowiązkowej liście każdego turysty powinna się też znaleźć Rotorua. To ważny ośrodek kultury Maorysów, gdzie można obejrzeć gejzery, narodowego ptaka kiwi, maoryski teatr i wioskę termalną. Na terenie miejscowości, która uważana jest za stolicę zjawisk geotermalnych znajdują się liczne hotele, spa i restauracje z lokalną kuchnią. Miejscowość wyjątkowo mnie urzekła, bo choć to turystyczna perła odwiedzana przez lokalsów i tysiące turystów, to utrzymała klimat małego miasteczka spowitego mgłą unoszącą się znad wód geotermalnych rozgrzanych miejscami do 100 stopni Celsjusza.

Gwiazdami północnej wyspy są także jezioro Taupo, największe niewysychające jezioro Oceanii i park narodowy i czynny wulkan Tongariro składający się z przynajmniej 12 stożków erupcyjnych. Od 1839 r. wybuchał ok. 70 razy.

Po zwiedzeniu wyspy północnej warto wybrać się na południe, do stolicy – Wellington. Możemy tam dotrzeć m.in. pociągiem Kiwi Express. Trasa jest jedną z najpiękniejszych na świecie. Na południową wyspą można dotrzeć promem przez Cieśninę Cooka lub samolotem Air New Zealand (np. lecąc z Auckland do Christchurch).

Wyspa południowa to raj dla miłośników górskich wycieczek (jedną z największych atrakcji jest góra Cooka na terenie Parku Narodowego Aoraki/Mount Cook oraz fiordy – w tym spektakularny Milford Sound.

Tekst z 2023 roku. Relacja jest niezależnym materiałem autorskim, żaden z przedstawicieli opisywanej linii lotniczej nie ingerował w jego treść.